Showing posts with label industrial. Show all posts
Showing posts with label industrial. Show all posts

Metalowa szafka dla ... królika i jesień w jadalni

Po tak długiej przerwie znów mam problem jak zacząć, ale niestety będziemy musieli Moi Mili do tego przywyknąć. Blogowanie wciąga i każdy kto zaznał tematu, doskonale wie o czym mówię, to prawdziwa odskocznia i naprawdę fajny świat, ale i pożeracz czasu, którego wciąż na wszystko za mało.

Wiem, wiem, znacie to wszyscy, jednak cały widz polega na tym, aby wybierać właściwe priorytety ... Dla mnie jest nimi Rodzina i wszystko co z Nią związane. Ostatnio bardzo dużo myślałam, tak na jesień mi się zebrało i uświadomiłam sobie, że koniecznie muszę zwolnić tempo, bo biorę sobie na głowę zdecydowanie za dużo, a potem niemoc w realizacji wszystkich obowiązków i założonych planów, wzbudza we mnie niepotrzebną frustrację. Nie zamierzam rezygnować, bo sprawia mi to za dużo frajdy, ale muszę trochę odpuścić.

Jesień to taka melancholijna pora roku jest nie? A ja z pewnością należę do osób bardzo wrażliwych i ogromnie uwielbiam domatorstwo, nie to, żebym leniwa była i nie lubiła spędzać czasu aktywnie, ale kocham cały ten domowy klimat, no tak mam i już ;) Herbatką z ulubionego kubka się ucieszę albo jak mi domowe (i zdrowe) ciasto wyjdzie, lubię wspólne posiłki, spędzanie czasu przy stole, gdzie i zadanie się odrabia, i koloruje, i orzechy obiera, i rodzinne narady się czasem odbywa ;)

Jak już tak sobie długaśny wstęp zarezerwowałam to powiem jeszcze, że od pół roku moją głowę zaprząta też dążenie do zmiany naszej diety na zdrowszą. Miotam się czytając etykiety, toczę walkę z dylematami co kupić, co podać a czego nie, gdzie zdobyć lepszej jakości produkty, jak przekonać młodszą córę do innego jedzenia ... Dużo już udało się zrobić, z czego się cieszę, ale ile nerwów i stresu przeżyłam to tylko ja jedna wiem. To temat rzeka, robimy małe kroki, wprowadzam zmiany stopniowo i choć efektów spektakularnych na razie nie ma, bo chorób od początku roku przedszkolnego zaliczyliśmy już dwie i nie chcę nic mówić ale chyba zbliża się trzecia, ja wierzę, że jest to inwestycja w lepsze życie i zdrowie. A, i zapomniałabym, teraz jeszcze chciałabym przerzucić się na kosmetyki bez tego całego sietu (przepraszam za wyrażenie, ale tego nie da nazwać się inaczej), który nam oferują producenci.

To już wiecie co u mnie słychać i jak się sprawy mają a teraz przechodzę do tematu posta, w którym dzisiaj kilka tematów. Przede wszystkim nowy mebel i nowy zwierzak w naszym domu, a przy okazji jesienny klimat w jadalni, gdzie tak naprawdę spędzamy najwięcej czasu.

Metal cabinet

Metal cabinet

Metal cabinet

Zwierzątka w domu już mieliśmy wcześniej, najpierw był chomik Bibi, potem dwa króliki Kropka i Pysia i teraz kolejny królik Rudi. Wszystkie poprzednie miały akwarium lub standardową klatkę, ale tym razem było inaczej. Wszystko zaczęło się od tego, że w kwietniu br. zobaczyliśmy publikację w MM z kawalerki przeuroczej Lu z bloga http://enjoyourhome.blogspot.com/ Wspaniałe mieszkanko, urządzone z ogromną pasją, mnóstwo ciekawych i oryginalnych pomysłów! Wracam tam z miłą chęcią szczególnie, że Lu to naprawdę przemiła osóbka! Do dzisiaj nie potrafię zrozumieć jak mogłam przeoczyć wcześniej ten fakt i zauważyć dopiero w gazecie ... Lu zaprojektowała taką szafkę dla swojego królika i to właśnie Ona nas zainspirowała do tego, żeby też wykonać podobną dla naszego przyszłego zwierzaka.

W zasadzie to nie wierzyłam, że to się uda, bo mąż nigdy nie wykonywał mebli metalowych, drewniane jakieś już tam owszem, ale okazuje się, że dla złotej rączki nie ma rzeczy niemożliwych. Szafka powstawała etapami, bo materiały trzeba było skompletować, a potem w miarę wolnego czasu i odrywania się od innych obowiązków, powoli nabierała kształtów.

Chciałam, żeby była metalowa, ale w połączeniu z drewnem, jednak z uwagi na aspekt ekonomiczny wybraliśmy jednak płytę OSB, która też doskonale wpasowuje się w klimat industrialny, bo o taki mi chodziło.

Metal cabinet

Szafka, jak na prawdziwego perfekcjonistę przystało jest dopracowana w każdym calu, może nawet za bardzo, bo ja lubię rzeczy nieidealne, podniszczone i przyszarzałe. Były o to nawet momentami zgrzyty, kiedy np. zobaczyłam, że mąż maluje płytę OSB, złapałam się za głowę, ale uspokoił mnie, że nie będzie bardzo się błyszczała, bo potem ją trochę zeszlifuje, a chodzi przecież o zabezpieczenie przed zabrudzeniami i łatwiejsze użytkowanie ... Łączenia są zabezpieczone silikonem, bo jak wiadomo, trudno takiego gryzonia nauczyć, aby sikał tylko do kuwety ;)

Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że sprawdza się doskonale no i nawet fajnie wkomponowała się do jadalni. Początkowo miała stać w pokoju na dole, ale skoro ten kąt nadal pusty i czeka na kredens to na razie może być też tutaj. W planach dalsze udoskonalanie czyli zamocowanie butli z wodą w środku ;)

Metal cabinet

Metal cabinet

Metal cabinet


A Rudi to fajny zwierzaczek, podbił od razu nasze serca. Początkowo miał być szary, tak uradziliśmy, więc kiedy szafka już stanęła, musieliśmy ją od razu zapełnić, wszyscy już długo na to czekaliśmy ;) Asia była chora, a pogoda typowo jesienna, więc z telefonem w ręku, biegałam w deszczu przez trzy godziny po mieście i szukałam we wszystkich sklepach zoologicznych tego jedynego ;) Jak się okazało na próżno, bo Rudi był pierwszy, którego zdjęcie przesłałam do dziewczynek i potem już nikomu żaden inny się nie podobał.

Rabbit

Rabbit

Rabbit

Muszę przyznać, że robienie zdjęć zwierzętom to prawdziwe wyzwanie ;) Rudi umila nam długie jesienne wieczory, bawi się z dziewczynkami, biega po domu, podskakuje ... i gryzie wszystko co popadnie, dzisiaj pogryzł na strzępy kabel od ładowarki i chwycił się za kwiatka. Trzeba jednak zwracać większą uwagę na to co robi kiedy wyjmujemy go z klatki.

Rudi to być może i Rudzia, bo nie znamy płci ... Tutaj muszę przyznać jesteśmy trochę rozczarowani, bo wydawało nam się, że kupując królika w sklepie powinno się otrzymać informację ile ma tygodni, jakiej jest płci i jaka jest to odmiana, nie mówiąc o szczepieniu. Poprzednie króliki kupowaliśmy z hodowli gdzie otrzymaliśmy metryczkę ze wszystkimi danymi, króliki były zaszczepione i wiedzieliśmy kiedy mamy się udać w celu powtórzenia szczepienia.

Z doświadczeń jakie wynieśliśmy z poprzednich lat kiedy mieliśmy tamte zwierzątka, warto od samego początku oswajać je z nami, wyjmować do wspólnych zabaw, bo inaczej stają się dzikie i trudno o jakąkolwiek relację. Drugą kwestią jest odżywianie, przede wszystkim nie za dużo i najlepiej mieszanki bogate w warzywa i owoce plus siano, jak najmniej zbóż, bo wtedy bardzo rosną.

A skoro jesteśmy przy temacie jadalni, w której zamieszkał nasz nowy domownik to pokażę jeszcze kilka jesiennych kadrów, które powstały całkiem przypadkowo. Trochę suchych liści, które zebrała Asia i poprosiła o to, aby włożyć je do wazonu (ja szczerze mówiąc bym na to nie wpadła, bo wydawało mi się, że nie będą dekoracją, a tu proszę), wrzosy, orzechy, świece, kasztany, żołędzie i klimat gotowy.

Diningroom

Diningroom

Diningroom

Dinigroom

To by było na tyle dzisiaj Kochani, mam nadzieję do szybkiego następnego tutaj spotkania ;)
Ściskam
Iza

Kinkiety w stylu skandynawskim

Czas pędzi nieubłaganie, codziennie mam plan, żeby wieczorem zasiąść do bloga ale zmęczenie nie pozwala, dzisiaj się zawzięłam! Będzie znowu o lampach, nie mylicie się - ZNOWU o lampach ;), ale spokojnie, nie zmieniam zawodu, nic z tych rzeczy ;) Tak się po prostu złożyło, że w krótkim okresie czasu udało mi się wpaść na pomysł dwóch różnych lamp. Poprzednia druciana była z kosza na śmieci, a tym razem padło na kinkiety.

"Potrzeba matką wynalazku" ;) W sumie to by się częściowo zgadzało, bo w potrzebie byłam i to pilnej, bo kinkiety w salonie zupełnie nie pasowały mi do reszty i koniecznie chciałam je wymienić na proste, oszczędne w formie, skandynawskie. Wynalazek to znowu nie taki wielki, ale muszę przyznać, że efekt bardzo mi się podoba!

Zanim przejdę do konkretów chciałabym jeszcze wspomnieć skąd w ogóle pomysł na takie właśnie kinkiety, otóż jak już zapewne wiecie uwielbiam lampy z Zorki Factory, co tu dużo gadać, mogłabym je mieć dosłownie wszystkie! A kolekcję kinkietów już posiadam całkiem pokaźną w ilości sztuk 5 :) Ostatnio w ofercie pojawiły się kinkiety z elementem drewna i czarnego metalu i od razu zdobyły moje serce, jednak jak to ze mną bywa, zawsze muszę odczekać, zastanowić się, pomyśleć na każdy możliwy sposób, czy na pewno itd. To już też wiecie ;) Kiedy w końcu zdecydowałam, że chcę je na pewno, napisałam do Zorkiego, ale sprawa nie była prosta, bo ja potrzebowałam 2 sztuki (a gotowa była tylko jedna) i koniecznie chciałam je mieć na ubiegły piątek ;) Wymagająca baba ze mnie co? Nie było możliwości wykonania drugiej w tak krótkim czasie, ale ten model tak mnie zainspirował, że jakimś trafem wpadł mi dość fajny (tak myślę) pomysł do głowy ...

Prawdopodbnie nie doszłoby do realizacji gdyby nie fakt, że jakiś czas temu (już sama naprawdę nie pamiętam kiedy) dorwałam na stoisku sprzedaży okazyjnej w Ikea reflektory Hektar częściowo rozmontowane i nawet trochę porysowane co mi odpowiadało jeszcze bardziej ;) Drapnęłam wszystkie 5 sztuk z myślą o sypialni, ale niezależnie od tego i tak już wtedy wiedziałam, że na pewno mi się przydadzą ;)


Od razu wyjaśniam, że naszych kinkietów nie da się porównać z modelami Zorkiego, moje materiały nie są z odzysku, to raczej takie półśrodki, ale i tak dziękuję Zorkiemu, że mnie zainspirował do działania!

 http://www.showroom.decostyl.pl/index.php/Sklep-Internetowy/vmchk/MyZorki-Design/824-Kinkiet-Industrialny-Loft-Office-Wood-517.html
W sumie kinkietów mamy 3 sztuki, dwie do salonu, jedna do aneksu kominkowego. Te w salonie mają schowane kable w ścianie, bo tam były już instalacje, a ta w aneksie ma cały kabel na wierzchu czyli industrial pełną gębą ;)




Co jest potrzebne aby wykonać takie kinkiety? Lista wraz z cenami i linkami do sklepów poniżej:

1. Klosz - ja użyłam Hektar, Ikea, 60 zł (ja kupiłam za 40 zł)
2. Drewniany wspornik - Ekby, Ikea, 6 zł
3. Kabel w oplocie - ja użyłam Sekond, Ikea, 16 zł (kabel ma długość 1,8m, na trzy kinkiety użyliśmy 2 oprawki, takie kable na metry można również kupić np. na allegro)

We wsporniku trzeba nawiercić większe otwory, aby można było przeciągnąć kabel. Można to zrobić w taki sposób jak u nas albo inaczej (tutaj już jak się komu podoba, możliwości jest kilka), sam reflektor też można przymocować inaczej np. od czoła w poziomie, u nas odkręcona jest też część metalowa, do której przymocowany jest ruchomy klosz). Muszę tutaj oczywiście koniecznie wspomnieć, że lampy wykonywał i podłączał mąż, któremu jestem za to bardzo wdzięczna :)




źródło: www.ikea.pl

A poniżej przedstawiam już kinkiety w szerokich kadrach w salonie i aneksie kominkowym.









A co u nas? Dużo się dzieje, mam Wam tyle do pokazania, postaram się to nadrobić, niedługo urlop więc może wieczorami będę do Was pisać ;) Kończymy też duży projekt tego lata czyli renowację domku drewnianego dla dziewczynek, pokazałam już trochę na Instagramie. Zaglądajcie tam, bo z wyprzedzeniem możecie śledzić o czym będą następne posty ;) 

Ściskam
Iza


Kuchnia i jadalnia po skandynawsku


Witajcie Moi Drodzy Czytelnicy!

Takiej długiej przerwy w blogowaniu jeszcze nie miałam, co prawda było mnie trochę na FB, założyłam nawet profil na IG w tym czasie, ale niestety blog porosły już pajęczyny. W tematyce wnętrzarskiej działo się u nas dużo, a na blogu odwrotnie proporcjonalnie - cisza. Dlaczego tak się stało? Postaram się trochę wyjaśnić choć nie jestem pewna czy jesteście tym zainteresowani, jednak gdybym ten temat całkowicie pominęła i przeszła po prostu dalej to nie byłabym sobą.

3 marca mieliśmy zaplanowany zabieg Asi (migdał gardłowy, migdały boczne, błona bębenkowa) i to był powód mojej długiej nieobecności. Nie było pytania o to czy go wykonywać, decyzja była jasna i jedyna, bo rozmiar był bardzo duży, dodatkowo były już problemy z ujemnym ciśnieniem w uchu. Najbardziej przykre jest to, że poszłam do laryngologa z własnej woli, wiedzy, obawy. Nie dostałam skierowania od żadnego z pediatrów, do których chodziłam z ciągle chorującym dzieckiem. Na jesień pierwsza wizyta, w moim przekonaniu profilaktyczna, a na koniec zimy już zabieg ...

Nie krzywduję sobie absolutnie, ubolewam nad dziećmi cierpiącymi na okropne i poważne choroby, żałuję i tulę dzieciątka porzucone, chore i źle traktowane, staram się pomagać kiedy tylko mogę, ale serce matki nie zna granic, zawsze boleje i troszczy się o swoje dzieci, cierpi nawet kiedy to nie ją nie boli. Ściśnięte gardło, wypieki na twarzy spowodowane powstrzymywaniem się od płaczu, bo przecież miała taki dobry humor i nie wiedziała do końca co czeka Ją po zabiegu i myśli, tysiące myśli, obaw, strachu, że coś pójdzie nie tak, że będą powikłania, że będzie cierpieć ... A w ogóle to jak to? Moja mała córeczka idzie na stół operacyjny? Będzie tam sama, beze mnie ... i będą ważyć się losy Jej zdrowia ... ktoś będzie ingerował w Jej malutkie ciało ... Mogłabym tak pisać i pisać. Przeżyłam to bardzo mocno, na swój ogromnie wrażliwy sposób, tak mam i już, niestety nie czuję się na siłach tego zmienić. Przed zabiegiem się stresowałam, wszystko mi się działo, płakałam po kątach, w trakcie zamarłam wytężając słuch aby wytropić wszystkie możliwe odgłosy jakie dochodziły z sali operacyjnej, po zabiegu cierpiałam razem z Nią. Najbardziej dotknął mnie moment, kiedy jeszcze śpiącą niósł Ją na rękach lekarz anestezjolog, niewyobrażalne uczucie, praktycznie nie do opisania, a potem moment przebudzenia i przeraźliwie żałosny płacz, cichy i delikatny, ale tak ujmujący i ściskający za serce ... po obu porodach to z pewnością kolejny kamień milowy na mojej drodze ...

Jestem szczęśliwa, że nasza Pani doktor okazała się być nie tylko wspaniałym specjalistą, ale przede wszystkim człowiekiem i wspierała nas bardzo w tym trudnym dniu.

A potem, miało być lekko, miała jeść lody i leki przeciwbólowe miały pomagać, ale niestety w naszym przypadku wyglądało to inaczej. W trakcie zabiegu pojawiło się duże krwawienie co spowodowało potem wymioty, silniejszy ból, brak apetytu, ogólnie bardzo nieprzyjemne skutki i dłuższe gojenie. 

Adrenalina trzymała mnie kilka dni i dobrze, bo miałam siłę, żeby Ją nosić na rękach, spełniać Jej zachcianki, spędzać 100% czasu, a później mój organizm zaczął odrabiać straty i niestety wieczorami padałam z nóg. Nie mogłam zastartować, wciąż myślami tam i wtedy, rozkojarzona, zamyślona, wybita z rytmu ... Dopiero od kilku dni powoli mogę powiedzieć, że zaczynam wracać na normalne tory, ale żeby nie było tak kolorowo, cały ubiegły tydzień chora była Alicja a Asia od kilku dni kaszle, jutro kolejna wizyta. Już od miesiąca trwa u nas sezon infekcyjno - szpitalny, tkwię w maraźmie leków, wizyt lekarskich i szpitalnych.

Te wszystkie zmiany, które dokonały się u nas w ostatnim czasie miały być odskocznią i pocieszeniem, lekiem na całe zło ale nawet mnie, świrniętej na punkcie tematyki wnętrzarskiej, zwyczajnie nie cieszyły.

Dzisiaj mogę powiedzieć, że już cieszą i poprawiają humor, więc przerywam ten zastój blogowy i chcę pokazać Wam jak zmieniła się nasza kuchnia i jadalnia. Pojawiły się w niej elementy, które dodały więcej klimatu skandynawskiego (moim zdaniem choć tak naprawdę ten styl ma wiele różnych odmian). Wszystkie te rzeczy miałam w głowie już dawno, ale leżakowały jak to zwykle u mnie. W sumie to dobrze, bo mogłam bardziej przekonać się, że to dobre decyzje.

Czarna tablica. Jeszcze rok temu chciałam powiesić tutaj zwykłą tablicę w drewnianej ramie, ale nie chciałam dziurawić mebli i wciąż zwlekałam. I dobrze, bo w końcu dojrzałam do tego, aby zrobić bardziej radykalny krok. Tablica składa się z czterech samoprzylepnych folii, bo akurat takie były dostępne w tchibo.pl, ale można zakupić też folię w jednym kawałku. Jest to nie tylko powierzchnia do pisania kredą ale również magnetyczna tyle, że nie zdążyłam nabyć fajnych magnesów.

Innym sposobem na taką tablicę może być pomalowanie ściany czy innej powierzchni farbą tablicową. Na blogach u koleżanek jest sporo informacji na ten temat, sama zamierzam z nich skorzystać w najbliższym czasie, bo chcemy pomalować ścianę u Asi w pokoju. W przypadku mebli kuchennych naszym zdaniem lepiej sprawdziła się folia, którą będzie kiedyś można po prostu odkleić.

Tablica okazała się nie tylko fajnym pazurem i elementem skandynawskim, ale również świetną formą zabawy dla dziewczynek. Poniżej np. hasło wpisane przez Alicję i rysunki Asi.









Dywan. Brakowało mi go tutaj bardzo i żałuję, że tak długo zwlekałam. Tak naprawdę kuchnia i jadalnia to u nas serce domu, to tutaj spędzamy najwięcej czasu razem. Dziewczynki bardzo lubią tańczyć albo po prostu bawić się właśnie w tym miejscu i teraz mogą to robić bez obawy, że matka panikara będzie się wkurzać ;)

Poza tym wydaje mi się, że ten wzór bardzo ożywił to miejsce, jest wciąż monochromatycznie, ale jednak zdecydowanie bardziej ciekawie. To oczywiście moja opinia, ciekawa jestem co Wy o tym sądzicie?






Duża lampa w stylu industrialnym. Zawisła na środku pomiędzy kuchnią a jadalnią. Foto (Ikea) w największym rozmiarze, nie byłam pewna czy nie będzie za duża. Dość długo w tym miejscu wisiał wiklinowy wianek, który ozdabiałam różnymi zawieszkami, ale brakowało mi jednak tutaj światła, po pierwsze właśnie do zabaw dla dzieci a po drugie, po rozłożeniu stołu ta część była nieoświetlona.




Kable w oplocie. Kiedyś już o tym pisałam, chciałam nadać tym lampom trochę indywidualnego charakteru. Nie szukałam w sieci, być może ktoś już je przerabiał, ale ja takich nie widziałam do tej pory. Ogólnie muszę przyznać, że łatwo nie jest, bo są to lampy tanie i zmontowane na stałe, ale mój mąż to złota rączka, więc i takim ograniczeniom dał radę ;)

Kable na metry można kupić np. na allegro, ale ja uznałam, że cenowo lepiej jednak będzie zakupić gotowe zestawy (oprawka z kablem 1,8m) w Ikea. 






Chętnie poznam Wasze opinie na temat tych wszystkich zmian. Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was dzisiaj tym długim wstępem osobistym. Cieszę się, że nadal jesteście, mimo mojego braku zainteresowania blogiem, bardzo Wam za to dziękuję! I nawet kilka nowych osób witam na pokładzie! 

Iza


A gdyby ktoś pytał:
Dywan - Ikea
Lampy, kable w oplocie - Ikea
Tablice magnetyczne - Tchibo


Industrial(ove)


Tak to właśnie jest z tymi kobitami, wyszła od shabby a teraz jej się zardzewiałe szyldy podobają ...

O tym, że lubię różne style i nie potrafię skupić się tylko na jednym już wiecie. W zasadzie można powiedzieć, że wybieram sobie z każdego stylu to co mi się podoba i staram się łączyć je w naszych wnętrzach. 

Ostatnio otworzyłam się na akcenty w stylu industrialnym a ten szyld wpadł mi w oko już dość dawno. Znalazłam go w sklepie Myszkowiec, który z pewnością dobrze znacie. Prowadzi go nasza wspaniała Mimi, która wprowadza ogrom pozytywnych uczuć w nasze życie :)

Krążyłam i krążyłam wokół niego, aż podkupiła mi go jedna z blogowych koleżanek ;) ale potem znowu pojawił się w sklepie i już wtedy nie odmówiłam sobie tej przyjemności szczególnie, że był to dzień darmowej przesyłki, no to sobie poszalałam wtedy ;)




Szkoda, że nie jest większy, bo pewnie szybciej zdecydowałabym, gdzie zawiśnie, a tak na razie nasze ściany w większości puste i muszę dobrze pomyśleć zanim podziurawię, więc nie chcę podejmować decyzji pochopnie i na razie postawiłam go w moim domowym biurze. Szczerze mówiąc to też dobry sposób więc kto wie, może właśnie nie będzie wisiał ... Przy mojej częstotliwości zmian i przestawiania dekoracji to może być trudne do osiągnięcia ;)




Ściana nad biurkiem ciągle się zmienia, przyczepiam sobie coraz to nowe zdjęcia czy inne papierowe ulotki, pocztówki, generalnie wszystko co mi się podoba albo ma dla mnie znaczenie. Ale sama ściana jest nadal w fazie "to do", może pamiętacie moje dylematy co by tu zrobić. Były różne pomysły od Was, półka, farba tablicowa, tablica, rama, lustro ...

Ostatnio bardzo przemawia do mnie druciana kratownica, do której można przypinać, przyczepiać i przywieszać wszystko co chcemy. Jest dużo takich inspiracji w sieci i coś mi się wydaje, że to będzie to, ale ostatniego słowa jeszcze nie powiedziałam. 




Z tą komódką to jest ciekawa historia, bo na początku mi się wydawało, że chcę ją przemalować po swojemu, zakupiłam nawet gałki, ale potem stwierdziłam, że taka surowa mi się jednak podoba więc niech sobie taka jeszcze pobędzie do czasu aż coś mnie olśni.





Na zdjęciach większość prezentów otrzymanych od koleżanek blogowych podczas akcji Santa Blogger (dla przypomnienia o akcji możecie poczytać tutaj).

A wracając do Myszkowca to powiem Wam szczerze, że zaglądam tam bardzo często i wyczekuję na nowości, bo uwielbiam takie szperanie wśród rzeczy innej maści, niepowtarzalnych i unikatowych. Kiedyś bardzo lubiłam chodzić po różnego rodzaju targach, placach, komisach i SH, teraz niestety wciąż brakuje mi na to czasu i bardzo nad tym ubolewam, bo w takich miejscach można upolować perełki.

Sama jestem ciekawa jak rozwinie się mój zachwyt nad akcentami w stylu industrialnym. A jak to jest u Was? Lubicie ten styl? Macie już coś u siebie? A może w ogóle Wam się nie podoba? Chętnie poznam Wasze opinie w tym temacie :)

Iza

Porady wnętrzarskie - neutralna baza


Witajcie kochani!

Dzisiaj szczególny dzień, pewnie większość z Was właśnie w rozjazdach, a ja korzystając z przerwy między wizytą na jednym cmentarzu a drugim, dokańczam właśnie post dla Was.

Chciałabym poruszyć dzisiaj temat neutralnej bazy we wnętrzach czyli w miarę neutralnych kolorów ścian i podłóg. Jest to pierwsza i podstawowa kwestia, o której zawsze wszystkim powtarzam, bo uważam, że zdecydowanie jest to bardzo istotne szczególnie, że wciąż na rynku pojawiają się nowe produkty, moda zmienia się tak często, że trudno za nią nadażyć, zmieniają się również nasze gusta.

Oczywiście bardzo istotne jest również odpowiedzenie sobie na pytanie - jakie kolory lubię? w jakich kolorach najlepiej się czuję i odpoczywam? jakie kolory wywołują u mnie awersję itd.

O ile ściany jest zmienić łatwiej - np. malowanie, ciut trudniej jest już z tapetami, ale powiedzmy, że jak się chce to można też szybko odmienić wnętrze, jednak z podłogami już nie jest tak łatwo...

Blisko 6 lat temu, kiedy to nadszedł etap wykańczania naszego domu czyli ten zdecydowanie przyjemniejszy dla kobiet ;), nie miałam jasnej wizji tego, jak miał wyglądać, nie zaglądałam jeszcze wtedy na blogi, nawet pism wnętrzarskich nie oglądałam tak dużo, nie mówiąc o tym, że nawet by mi do głowy nie przyszło, że kiedyś założę bloga o tej tematyce i że stanie się to moją wielką pasją! 

Teraz oczywiście tego żałuję, bo zapewne miałabym w domu dużo więcej elementów, które teraz tak bardzo mi się podobają np. białe podłogi, białe drzwi, inną barierkę na schodach ...

Jednak wiedziałam wtedy jedno - JASNE I NEUTRALNE kolory po to, aby ta baza stwarzała mi w przyszłości wiele możliwości. Udało się powiedzmy w 80%, bo np. do aneksu kominkowego już dałam się w sklepie zwieść i kupiliśmy na podłogę dość ciemny (jak dla mnie) kolor.

Pokażę Wam dzisiaj łazienkę, która chyba zdaje się być najlepszym przykładem na to, że ta neutralna baza daje spore pole do popisu. Fajnie się złożyło, bo w końcu mogę pokazać Wam szersze kadry, a to za sprawą kinkietów, które w końcu wybrałam (!). Zajęło mi to jakieś 2 lata?




Poznajecie? Sądzę, że tak, ale na wszelki wypadek - świetne lampy w stylu industrialnym wykonane z materiałów z odzysku można kupić w Zorki Factory

No właśnie i tutaj właśnie zbieżność z tematem dzisiejszego posta. Otóż dwa lata temu kiedy w końcu zebraliśmy fundusze na wykończenie górnej łazienki, styl industrialny był całkowicie poza moim zasięgiem. Nawet nie zwracałam na niego uwagi i może dobrze się stało, że tak długo nie mogłam się zdecydować na te kinkiety ...


 

Nasza łazienka już w zasadzie niemodna, bo płytki do sufitu są obecnie faux pas, wzory kwiatowe też już dawno wyszły z mody, ale jak się baba uprze ;) to nie jest aż tak źle i da się dodatkami ten swój styl jakoś wydobyć ;)

Dlatego uważam, że tak ważnym jest przemyślenie tych kolorów zwłaszcza na podłogach, bo jest to zdecydowanie bardziej skomplikowana akcja remontowa. Dla bardziej otwartych na nowości może i nie, bo są już przecież dostępne farby do malowania płytek, są też i powłoki, którymi można pokrywać wszystkie powierzchnie, jak np. ta, którą zaprezentowała firma Veda Concept podczas MeetBlogin. Trzeba jednak pamiętać, że takie zmiany zawsze wiążą się z większą inwestycją.

Neutralna nie oznacza wcale jasna, bo są osoby, które lubią ciemniejsze barwy, chodzi tylko o to, żeby przemyśleć kwestię mocnego kontrastu lub mocnych barw na ścianach i podłogach.








No dobrze, ale przecież mogłabym zrobić wszystko po prostu na biało i nie byłoby problemu, można szaleć do woli. Prawda! Ja w sumie chciałam białe płytki, ale nigdzie wtedy nie udało mi się znaleźć nic co by mnie zadowalało, więc są białe przyszarzałe ;) Ale pomyślcie co by było gdybym zrobiła np. czekoladowy brąz z kremem? ... nie byłoby już tak łatwo wtrącić styl skandynawski z elementami industrial ... Dlatego tak ważne jest, aby to dobrze przemyśleć :)

Wcale nie twierdzę, że ja to dobrze przemyślałam, ale udało mi się wybrnąć tak, żeby bardzo nie żałować.




A co z soczystymi kolorami? Zdecydowanie odradzam je na ścianach i namawiam na to aby eksperymentować z kolorami poprzez dodatki. Znacznie prostsze, mniej kosztowne i można zmieniać do woli. Ja też tak próbowałam, raz w tej łazience leżały sobie soczysto - miętowe dywaniki, mam nawet takie ręczniki, ale skrzętnie je chowam, bo po prostu się nie przekonałam.




Te drzwiczki jak nie były pomalowane tak nie są, tak mi schodzi ...




Podsumowując, dobrze pamiętać o następujących sprawach przy urządzaniu wnętrz:

1. Jakie kolory lubię ja a jakie pozostali domownicy?
2. Jakich kolorów zdecydowanie nie lubię?
3. Jaki lubię styl, na jaki mogę się otworzyć w przyszłości, a jaki zdecydowanie jest poza moim obszarem zainteresowań?
4. Czy lubię zmiany we wnętrzach? Czy chcę często coś modyfikować?
5. Czy jestem podatny na modę i trendy wnętrzarskie?

Mam nadzieję, że odpowiedzi na te pytania okażą się pomocne w planowaniu urządzania Waszych domów i mieszkań lub kolejnego remontu ;)


Piszcie i komentujcie, jestem ciekawa Waszych opinii.

Bezpiecznego i ciepłego weekendu i udanych powrotów do Waszych domów!
Pozdrawiam ciepło
Iza

 

Followers

Popular Posts